Krakowski “Koncert Przyjaźni Polsko-Węgierskiej”, czyli dlaczego nie warto chodzić na występy Kárpátii

admin 10 września 2013 0

karpatia-fot-autonomplCiepłego niedzielnego (08.09) wieczoru w krakowskiej Rotundzie odbył się rzadki jak na warunki tego miasta koncert – “Koncert Przyjaźni Polsko-Węgierskiej”. Zagrały: ze strony polskiej Forteca ze Szczyrku (patriotyczny rock/metal o zacięciu wybitnie historycznym), a ze strony węgierskiej Kárpátia – grająca od ledwo 10 lat, ale już “żywa legenda” sceny Nemzeti Rock.

Na koncercie pojawiło się około 200 osób (chociaż żadnego dokładnego liczenia głów nie dało się uskutecznić z wiadomych względów) z najróżniejszych środowisk – od zamieszkujących okolicę Węgrów, czy polskich sympatyków Węgier w najróżniejszym wieku z różnych miast (również rodzice z dziećmi) po patriotycznych i nacjonalistycznych aktywistów czy muzyków z wielu miast południowej, acz nie tylko, Polski. Szczególnie łatwo było rozpoznać Węgrów, w całości niemal owiniętych flagami herbowymi.

Pierwsza na scenie pojawiła się Forteca, zespół z różnych powodów raczej obcy co radykalniejszym nacjonalistom. Mimo tego, jeśli oceniać czysto muzyczny kunszt młodzianów ze Szczyrku, to należy przyznać, że od czasów pierwszego wydanego przez nich materiału progres jest niesamowity. Utwory posiadają niezbędną moc, publika pod sceną dała się zaprosić do zabawy i była w miarę umiejętnie kierowana przez muzyków, a z drugiej strony np. utwór o Orlętach Lwowskich potrafił wzbudzić szczere wzruszenie. Dla niezainteresowanych pozamuzycznymi faktami amatorów mocniejszego uderzenia z historyczną podbudową, choć może nie aż tak wyrafinowanego jak Tormentia, Forteca jest z pewnością pozycją do obowiązkowego “odhaczenia”.

Po dość krótkiej przerwie na scenie pojawiła się “gwiazda wieczoru” w postaci węgierskiej Kárpátii. Dżentelmeni z Węgier mimo wszystko nie przyciągnęli pod scenę wszystkich gości koncertu, chociaż prezentowana przez nich muzyka była pierwszego sortu, z ludowym zacięciem, ale i potężnym rockowym pazurem. Cóż z tego jednak, jeśli sami muzycy, a w szczególności frontman, poza kunsztem muzycznym nie mają zbyt wiele do zaoferowania. Pomiędzy utworami wspomniany frontman raczył zebranych krótkimi przemowami, przekładanymi na język polski w locie przez tłumacza. Poza frazesami o polsko-węgierskiej przyjaźni oraz krótkimi tłumaczeniami o czym będzie za chwilę grany utwór, mogliśmy się również na przykład dowiedzieć, że Kárpátia bardzo pragnie powrotu granicy polsko-węgierskiej. Sam frontman zaś, pojawił się w Krakowie tego dnia w koszulce głoszącej “jestem starszy niż Słowacja”, a także raczył Polaków głupawymi żartami w stylu “co to są Słowacy? to Węgrzy, którzy nie nauczyli się dobrze mówić po polsku” etc. Słowem, żałosny szowinistyczny kabaret pod płaszczykiem dobrej skądinąd i wpadającej w ucho muzyki.

Być może byli na tym koncercie osobnicy, którym taka retoryka się wybitnie podobała (o ile w ogóle do nich dotarła), a sami otwarcie nienawidzą “Szwabów, Rusków” itd. Jednakże dla nowoczesnych patriotów i nacjonalistów, ceniących sobie przede wszystkim usunięcie wszelkich zaszłości historycznych pomiędzy narodami Europy, w imię walki ze wspólnym wrogiem w postaci globalizacji, unifikacji i niszczenia narodów, koncerty takich grup jak Kárpátia nie są odpowiednim miejscem. Niech bawi się na nich ideologiczny skansen, czerpiący bogato z prymitywnych resentymentów osadzonych w zeszłym stuleciu.

SC

Article source: http://www.autonom.pl/?p=7079

Comments are closed.